Cze 12

Martin Gande. Rozdział szesnasty. Ponownie w Ministerstwie

                Kiedy kwadrans później Martin prowadzony był przez ulicę Pokątną w eskorcie dziewięciu aurorów, ludzie co chwilę przystawali, żeby mu się lepiej przyjrzeć. Niektórzy stali w zbitych grupkach, obróceni plecami do witryn sklepów i szeptali między sobą, kiedy Martin znalazł się w zasięgu ich wzroku.
– Fotka dla Proroka! – zawołał piskliwym głosem jakiś niski i tęgi czarodziej w kraciastej marynarce, który niespodziewanie wyskoczył na środek ulicy z wielkim aparatem w ręku.
– Nie mamy czasu, Greg! – odpowiedział z oburzeniem jeden z aurorów, ale zanim udało mu się przegonić intruza, ten zdołał już użyć aparatu, spowijając Martina w kłębach duszącego dymu.
Gande zaczął kasłać, z trudem łapiąc powietrze do płuc. Kiedy kłęby wreszcie ustąpiły, zauważył, że dotarli już do Dziurawego Kotła.
– Będziesz sławny, Romek – stwierdził jadowitym tonem najniższy z aurorów – Jutro twoja gęba będzie na pierwszej stronie Proroka Codziennego….
– W sensie bardziej sławny, niż jestem? – spytał ironicznie Martin, starając się ignorować spojrzenia gości pubu, oraz barmanki, która blada jak ściana, przyglądała mu się w osłupieniu ze szmatą do ścierania stołów w ręku. Pewnie jest przerażona, że gościła pod swoim dachem wielokrotnego mordercę, pomyślał Martin.
                Po opuszczeniu Dziurawego Kotła, na Martina czekała już limuzyna Ministerstwa Magii. Samochód był na tyle mały, że nie było szans, aby pomieścić w nim dziesięć osób. Kiedy jednak jeden z aurorów wprowadził go do środka, okazało się że jest tam wystarczająco miejsca dla dwudziestu barczystych czarodziejów. Pewnie to te same czary, co przy torebce Lisy.
– Zabieracie mnie do Azkabanu? – spytał, kiedy jechali w milczeniu przez dłuższą chwilę.
Aurorzy wymienili między sobą spojrzenia.
– Najpierw będziesz miał szansę złożyć zeznania – stwierdził chłodno jeden z nich.
– Wymyśl lepiej dobrą bajeczkę dla Wizengamotu – zakpił drugi.
– Z zakatrupienia goblina pewnie jeszcze dałbyś radę się wywinąć – dodał z ironią barczysty auror – W Wizengamocie jest dużo osób, które nie trawią tych kurdupli… Ale za zamordowanie dwunastu mugoli sam osobiście utopiłbym cię w wywarze żywej śmierci…
– To był wypadek – jęknął spanikowany Martin – Ja nie chciałem nikogo zabić!
– Możecie się wszyscy zamknąć?! – warknął ze złością kierowca limuzyny, a Martin dostrzegł jego przenikliwe spojrzenie w przednim lusterku i natychmiast spuścił wzrok.

                Kiedy pół godziny później Martin prowadzony był przez dobrze już mu znane atrium Ministerstwa, które teraz tętniło życiem, wszyscy przystawali, aby lepiej mu się przyjrzeć. Z kominków po bokach co chwilę wyłaniali się jacyś czarodzieje, a przy fontannie stały całe grupki urzędników. Martin zauważył, że wśród nich było także kilku goblinów.
Ich widok natychmiast przypomniał mu o zamordowanym Begrodzie. Jego żołądek ponownie wywrócił się na lewą stronę. Przez całą drogę miał pustkę w głowie. Nie miał kompletnie pojęcia, jak się z tego wszystkiego wywinąć. Jedno było jednak pewne. Musiał zadbać, aby Lisa w żaden sposób nie została w to zamieszana.
– Szef jest u siebie, Jorks? – spytał jeden z aurorów, gdy tylko weszli do kwatery głównej a przy jednym z setki biurek zastali szczupłego czarodzieja z haczykowatym nosem – Zgarnęliśmy Romana Piskorza!
Auror nazwany Jorksem oderwał się od pergaminu, który czytał i obdarzył ich nieco mętnym spojrzeniem.
– Szef jest jeszcze w Departamencie Tajemnic – wyjaśnił, a Martin pobladł na twarzy jeszcze bardziej. Czyżby Prakseda jednak wygadała, że to ja ukradłem zmieniacz czasu?!
– A co tam robi? – zdumiał się auror, który chwilę wcześniej kierował limuzyną.
– Ktoś zakatrupił Browna – odrzekł bez emocji Jorks i powrócił do czytania pergaminu. Martinowi zakręciło się w głowie. Brown zamordowany? Jak to możliwe?! Przecież jeszcze kilka godzin temu był cały i zdrowy! Nie… To nie możliwe… Z pewnością chodzi o kogoś innego… W końcu Brown to popularne nazwisko…
– Matt Brown był niewymownym? – spytał ze zdumieniem barczysty auror, a kiedy Jorks potwierdził kiwnięciem głowy, Martin z trudem przełknął ślinę. To moja wina… Gdyby nam nie pomagał, nie byłoby go o tej porze w Ministerstwie… Omamiłem go tym piekielnym zaklęciem! Jasna cholera! Lisa nigdy mi tego nie wybaczy…
– Skoro Harry jest zajęty, to skorzystam z jego gabinetu – stwierdził stanowczo auror o przenikliwym spojrzeniu i chwycił za ramię Martina, prowadząc go w kierunku drzwi po lewej stronie.
                Kiedy obaj weszli do środka, oczom Martina ukazało się niewielkie pomieszczenie z dwoma biurkami. Na jednym z nich spoczywała plakietka z napisem „SZEF”. Oba zawalone były stosem jakichś teczek. Auror polecił usiąść Martinowi na krześle po środku gabinetu.
– Mam nadzieję, że nie będziesz niczego kombinował – stwierdził chłodno, zdejmując różdżką niewidzialne więzy z dłoni Martina i siadając na biurku, tuż przed nim. Kiedy aresztowany poczuł, że więzy zniknęły, z ulgą wziął ręce do przodu i rozmasował nadgarstki, na których wciąż widoczne były ślady po magicznych linach.
– Nazywam się Michael Corner – oznajmił auror, przyglądając się Martinowi z wielkim zainteresowaniem – Chciałbym, żebyś powiedział mi, co dokładnie zaszło w podziemiach Gringotta. Po co chciałeś włamać się do skarbca Lestrange’ów? Dlaczego poderżnąłeś gardło temu goblinowi?
Martin z trudem przełknął ślinę.
– Nikogo nie zamordowałem – wymamrotał, nie mając odwagi spojrzeć w oczy aurora. Corner prychnął z pogardą.
– Nikogo poza dwunastką mugoli w Polsce, tak? – zakpił.
– To był wypadek… nie chciałem rozwalić tej kamienicy…
– To trzeba była nie zabierać do niej eksplodującego kociołka – stwierdził chłodno auror – Ich sprzedaż i posiadanie jest nielegalne. Kiedy ktoś próbował ci go sprzedać, trzeba było zawiadomić odpowiednie służby.
Martin nerwowo oblizał usta.
– Nie wiedziałem jak działa ten kociołek – wyznał z zakłopotaniem – Nigdy nie chciałem, żeby ktoś przeze mnie zginął.
Michael Corner wywrócił oczami.
– Gdybym brał galeona od każdego mordercy, który próbuje się tak tłumaczyć, dziś byłym bardzo bogaty – stwierdził z odrazą – Ale nie jesteśmy tu po to, żeby rozmawiać o tamtym morderstwie. Chcę wiedzieć, po jaką cholerę zakradłeś się do Gringotta? Nie masz tam swojej skrytki…
Martina rozbolała z nerwów głowa. Nie miał czasu na spokojnie pomyśleć i poukładać sobie wszystkiego w głowie. Uznał, że najrozsądniej będzie na razie niczego nie mówić.
– Domyślam się, że zanim zamordowałeś tego goblina, użyłeś na nim zaklęcia niewybaczalnego? – spytał z naciskiem auror, kiedy Martin dłuższą chwilę milczał – Skoro więc zrobił to, co chciałeś, po cholerę zarżnąłeś go jak wieprza?
                Martin wciąż milczał. Jego głowę bombardowały setki chaotycznych myśli. Martwił się o Lisę. Czy odzyskała już przytomność? Poradzi sobie z wydostaniem się z podziemi? Co zrobi, kiedy zobaczy moje zdjęcie w gazecie i dowie się o tym wszystkim? Czy kiedykolwiek mi wybaczy, że udawałem kogoś innego?
– No dobrze, Roman. Skoro nie chcesz gadać, posadzę cię na kilka dni w Azkabanie – stwierdził ze złością Corner, gwałtownie powstając – Dłuższy pobyt w ciasnej celi z pewnością rozwiąże ci nieco język…

                Kiedy Martina osadzono w jednej z cel Azkabanu, ten poczuł wyraźną ulgę. Słyszał o tej twierdzy straszne historie i był przekonany, że nadal strzegą jej dementorzy. Na szczęście większość z tych opowieści okazała się mocno przesadzona. Długie dnie i noce spędzane w ciasnym pomieszczeniu wcale nie były takie straszne. W zasadzie przeszkadzały mu jedynie ciągłe jęki i wrzaski współwięźniów, którzy odsiadując tutaj długie lata, dawno stracili już rozum.
– Mogę mieć do szanownego pana prośbę? – spytał któregoś dnia przystojnego strażnika, który przechadzał się po korytarzu między celami z nieco groźnym wyrazem twarzy – Chciałbym wysłać list…
Strażnik podszedł do krat celi Martina i obdarzył go nieco pobłażliwym spojrzeniem.
– Nie mamy tutaj sów – stwierdził chłodno – Poza tym skąd weźmiesz pergamin i pióro?
Martin zarumienił się lekko. Spojrzenie przystojnego strażnika wyraźnie go onieśmielało. Ma takie błękitne oczy! I te długie rzęsy!
– Pomyślałem, że byłby pan w stanie załatwić jedno i drugie – wyznał nieśmiało, nie mając odwagi spojrzeć w oczy rozmówcy – Bardzo mi na tym zależy – dodał błagalnym tonem.
Przystojny strażnik zamyślił się na chwilę, przegładzając kruczoczarne włosy ręką. Obdarzył Martina przenikliwym spojrzeniem i nagle nieznacznie się uśmiechnął.
– No dobrze – zgodził się, wzdychając ciężko – Powinienem mieć gdzieś kawałek pergaminu i pióro.
Po kwadransie ponownie pojawił się pod celą Martina i wręczył mu wymiętolony zwój oraz magiczne pawie pióro. Podczas gdy Martin z olbrzymim przejęciem i zakłopotaniem kreślił pospiesznie słowa listu, strażnik przyglądał mu się z wielkim zainteresowaniem.
– Serio zabiłeś tych dwunastu mugoli? – spytał po chwili, a Martin pobladł, przerwał na chwilę pisanie i zawstydzony spojrzał na strażnika – Nie wyglądasz mi na mordercę.
– Bo nim nie jestem – wyznał sucho – To był tragiczny wypadek. Nie chciałem żeby ktokolwiek zginął – w jego głosie dało się wyczuć olbrzymie wyrzuty sumienia – Nie mam nic do mugoli. Sam przecież całkiem niedawno uważałem się za jednego z nich. Żyłem jak mugol!
– Żyłeś jak mugol? – powtórzył z zaciekawieniem przystojniak. Martin westchnął.
– Tak. Moje zdolności zaczęły się ujawniać bardzo późno… – wyjaśnił. Strażnik wciąż się w niego wpatrywał. Na jego twarzy pojawiła się mieszanina współczucia i niedowierzania.
– A do kogo właściwie piszesz ten list? – spytał już dużo bardziej przyjaznym tonem – Do swojej dziewczyny?
Martin pokręcił przecząco głową i ponownie się zarumienił.
– Nie mam dziewczyny – wyznał nieśmiało i ze zdumieniem spostrzegł, że na twarzy strażnika pojawił się wyraźny uśmiech – To list do mojej przyjaciółki. Tylko nie wiem… czy mogę ci zaufać… Nie chciałbym, żeby ktokolwiek poza Lisą poznał jego treść…
– Nie mam w zwyczaju czytać cudzej korespondencji – odrzekł przystojniak tonem urażonego chłopca – Wyślę ten list przy użyciu mojej prywatnej sowy. Przesyłki nadawane stąd są monitorowane…
– Dziękuję! To wiele dla mnie znaczy! – uradował się Martin i czerwony jak burak powrócił do kreślenia listu.

                Przez kilka kolejnych dni Martin w napięciu oczekiwał na odpowiedź swojej przyjaciółki. Ta jednak nie nadchodziła. Zaczynał się martwić. Być może nie udało jej się jednak wydostać z banku? Może wpadła w jakieś poważne tarapaty? Ciągły stres i niepewność powodowały, że miał kiepskie samopoczucie. Chwilowe poprawy następowały, kiedy koło jego krat pojawiał się przystojny i życzliwy strażnik John. Przez te kilka chwil miał okazję zamienić z nim parę zdań. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że to jedyna osoba, która naprawdę wierzy w jego niewinność.
– Co się stało? – spytał, kiedy kilka dni później John pojawił się pod jego celą blady jak ściana – Lisa odpisała?! – zapytał uradowany, widząc czerwoną kopertę w dłoni znajomego. Strażnik z kamiennym wyrazem twarzy przekazał mu kopertę przez kratę.
– Zanim ją otworzysz, musisz wiedzieć, że to wyjec – wyznał z zakłopotaniem, a widząc zaskoczone spojrzenie Martina pospiesznie wyjaśnił – to nie będzie przyjemny list. Jego treść usłyszą wszyscy w Azkabanie.
Martin z trudem przełknął ślinę. Momentalnie pobladł na twarzy.
– To czemu wysłała mi taki list? – spytał z niedowierzaniem – Przecież nie mogę go tutaj otworzyć…
– Nie masz wyjścia – stwierdził sucho John – Jeśli tego nie zrobisz będzie jeszcze gorzej… – I oddalił się w pośpiechu, zupełnie jakby przed czymś uciekał. Widocznie nie chce tego oglądać!
                Martin trzęsącą się ręką otworzył czerwoną kopertę, która już zaczynała dymić. Kiedy tylko tego dokonał, jego celę wypełnił donośny głos Lisy. Jej wrzaski odbijały się od ścian, sklepienia i posadzki, wprawiając wszystko w drżenie. Jej słowa odbiły się echem po wąskich korytarzach twierdzy.
– JESTEŚ NĘDZNYM ŁGARZEM I MORDERCĄ! PRZEZ TE WSZYSTKIE LATA MIAŁEŚ CZELNOŚĆ MNIE OKŁAMYWAĆ! UDAWAŁEŚ MOJEGO PRZYJACIELA! WYKORZYSTAŁEŚ MNIE! JAK ŚMIESZ PISAĆ DO MNIE PO TYM WSZYSTKIM?! NIE CHCĘ MIEĆ Z TOBĄ NIC WSPÓLNEGO!…
I zapadła głucha cisza. Czerwona koperta wypadła Martinowi z dłoni i zajęła się ogniem. Ten stał po środku celi przez dłuższą chwilę, kompletnie porażony tym co właśnie usłyszał.

                Tydzień później w Azkabanie ponownie zjawił się Michael Corner. Zabrał Martina z celi i ponownie przewiózł do Kwatery Głównej Aurorów. Liczył, że blisko dwa tygodnie spędzone w ponurym więzieniu wreszcie nakłonią mordercę do mówienia. I miał rację. Martin dobrze wykorzystał ten czas. Wszystko dokładnie przemyślał i poukładał sobie w głowie. Wreszcie był gotowy zeznawać.
– Nie radzę ci tam wchodzić, stary – stwierdził jakiś auror wychodzący z gabinetu Pottera z wyraźnie zmieszaną miną, na widok Cornera prowadzącego Martina – Szefuńcio kazał mi się wynosić i nie zawracać dupy!
– Przecież miałem z nim ustalone, że przesłuchamy Piskorza! – oburzył się Michael. Auror wzruszył ramionami.
– Jest u niego dyrektorka Hogwartu – wyznał – Podobno zginął jakiś nauczyciel…
Martin poczuł, jakby bryłki lodu opadły mu na dno żołądka.
– Kobieta czy mężczyzna?! – spytał spanikowanym głosem, a auror obdarzył go pełnym obrzydzenia spojrzeniem i nie raczył odpowiedzieć.
– Który nauczyciel zginął? – dopytał Corner, wyraźnie zaniepokojony.
– Filius Flitwick – odrzekł auror a Martin poczuł ulgę, choć starał się tego nie okazywać – W każdym razie, Potter kazał nie przeszkadzać w spotkaniu… Nie radzę ci tam wchodzić…
Michael Corner prychnął z oburzeniem i zaprowadził Martina do jednego z biurek. Posadził go na krześle i usiadł na przeciwko niego. Po chwili dołączył do nich barczysty auror. Ten sam, który eskortował Martina z Banku Gringotta.
– Pora, żebyś zaczął gadać, Roman – syknął Corner. Martin wziął głęboki oddech.
– Jasne. Wszystko wam opowiem – odparł, a widząc zadowolenie na twarzach aurorów, zaczął snuć opowieść, którą układał sobie w głowie przez tak wiele dni.
                Przez blisko kwadrans w dość chaotyczny sposób opowiadał o tym jak przypadkowo spotkał w Hogsmeade drobnego złodziejaszka, Gilberta McDuke. Wyjaśniał, jak ten przebiegły czarodziej przekonywał go, że w skarbcu Lestrange’ów znajduje się zmieniacz czasu. Wytłumaczył, że chciał go pozyskać, aby cofnąć się w czasie i zapobiec katastrofie budowlanej w wyniku której zginęło dwunastu mugoli. Przekonywał aurorów, że Gilbert obiecał mu bezinteresowną pomoc, a tak naprawdę wykorzystał go, żeby zgarnąć dla siebie zmieniacz czasu. Z olbrzymim zapałem wytłumaczył, że to właśnie Gilbert poderżnął gardło biednemu goblinowi.
                Przez cały ten czas Martin pilnował się, aby choćby słowem nie wspomnieć o Lisie. Chciał mieć pewność, że nikt jej z tym wszystkim nie powiąże. Nie mógł też powiedzieć aurorom o Traversie. Wówczas musiałby opowiedzieć o tym, że śmierciożerca chciał zmienić bieg wydarzeń i być może nawet mu się to udało. Harry Potter z pewnością by się tym mocno zainteresował i zaczął drążyć temat. Szybko uzyskałby zeznania Praksedy i połączyłby Martina ze śmiercią Browna, oraz kradzieżą zmieniacza czasu z Departamentu Tajemnic. O nie! I tak mam dość kłopotów!

– McDuke zabrał mi zmieniacz czasu i użył go, żeby zwiać z podziemi – wyznał na zakończenie swojej nazbyt przydługiej opowieści.
Michael Corner wpatrywał się w niego przez chwilę w milczeniu. Kiedy rzucił krótkie spojrzenie swojemu barczystemu koledze, ten wstał, podszedł do jakiegoś biurka, wyjął z szuflady plik teczek i przyniósł jedną z nich. Corner wziął ją i spojrzał do akt w niej zawartych.
– Bardzo ciekawa opowieść, Roman – powiedział po chwili z ironią w głosie – Problem polega na tym, że Gilbert McDuke zmarł dziesięć lat temu w Azkabanie… miał wtedy blisko osiemdziesiąt lat…
Martin pobladł.
– Ten, którego ja spotkałem, był metamorfomagiem – wyznał sucho.
– McDuke nie był metamorfomagiem – stwierdził z przekonaniem Corner – Kiedyś pracował jako uzdrowiciel….
– Do czasu, aż podał wywar żywej śmierci dwudziestu pacjentom oddziału zamkniętego – dodał z odrazą barczysty auror. Martinowi zrobiło się niedobrze.
– Ja nie kłamię. Ten koleś przedstawił mi się jako Gilbert McDuke – oznajmił desperacko. Obaj aurorzy nie sprawiali wrażenie zbytnio przekonanych.
– W podziemiach banku znaleźliśmy dwie plamy krwi – powiedział nagle barczysty auror – Jedna należała do goblina…
– No właśnie. Do kogo należała ta druga?! – wtrącił żywo Michael – Kto był tam z tobą?
Martinowi zaczęło robić się gorąco.
– Powiedziałem wam już wszystko – stwierdził sucho, kiedy zdał sobie sprawę, że aurorzy nie kupili jego opowieści – Nikogo nie zabiłem. Starałem się jedynie zapobiec śmierci tych biednych mugoli…
– Ciekawy zbieg okoliczności, że w czasie gdy ty próbowałeś zmienić bieg wydarzeń w Departamencie Tajemnic skradziono zmieniacz czasu – stwierdził z błyskiem w oku Corner.
Martin spuścił wzrok.
– Nie mam pojęcia, o czym mówicie – skłamał – Nie ukradłem tego zmieniacza czasu…
Barczysty czarodziej prychnął z pogardą.
– Jasne, że nie! – fuknął – Matt Brown go dla ciebie wyniósł. A ty zadbałeś tylko, żeby nie mógł nikomu o tym opowiedzieć!
Martin poczuł, że ponownie robi mu się niedobrze.
– W Dziurawym Kotle byłeś widywany z jakąś brunetką – stwierdził ostro Corner – Kim ona była?! To jej krew znaleźliśmy w podziemiach?! Ją też zabiłeś?!
– NIE! – wybuchnął w końcu Martin – Ona żyje! Nie miała z tym nic wspólnego!
– Podaj jej nazwisko – polecił barczysty czarodziej – Gdzie mamy jej szukać?!
– Skoro nic jej nie jest, z pewnością chętnie z nami porozmawia – wycedził przez zaciśnięte zęby Corner. Martin z zainteresowaniem przyglądał się swoim butom. Jego głowę bombardowały setki myśli i wątpliwości. Serce ogarnęła czarna rozpacz. Na nic zdała się moja opowieść! Pokapowali się we wszystkim!
– Wszystko już wam opowiedziałem – wymamrotał sucho.
– No dobrze. Dreblins odstawi cię do Azkabanu! – stwierdził z odrazą Michael Corner, gwałtownie powstając – Tam poczekasz na posiedzenie Wizengamotu. Choć dla mnie ich wyrok już jest przesądzony.

  • Rav

    No ciekawie. Interesująco się to rozwija. I ciekawi mnie kim Gilbert jest naprawdę.

  • Fortes

    To teraz już wiadomo przynajmniej jak to się stało, że Roman zabił aż tylu mugoli. W komentarzu do któregoś ze wcześniejszych rozdziałów napisałem, że zabicie tylu mugoli nie może nosić znamiona przypadku. Jednak to wyjaśnienie, które czytamy w tym rozdziale pokazuje, że rzeczywiście mógł być to niefortunny wypadek. Pozostaje jeszcze sprawa Gilberta. To, że podawał się za kogoś innego niż w rzeczywistości​ jest nie jest zaskoczeniem biorąc pod uwagę jego intencje. Pytanie brzmi: Kim on jest? Dobra pędzę czytać dalej bo zrobiłem sobie małe zaległości.

Przejdź do paska narzędzi