«

»

Cze 12

Gryfonka o finałowych rozdziałach „Martina Gande”!

Chociaż do premiery ostatniego rozdziału „Martina Gande” pozostały jeszcze trzy dni, jest na stronie osoba, która od dawna zna już zakończenie tej historii. Mowa oczywiście o dzielnej i pracowitej Gryfonce, która w pocie czoła i zarywając przeze mnie noce, dokonywała poprawek stylistycznych rozdziałów. Jesteście ciekawi, co ma Wam do powiedzenia na temat finałowych rozdziałów mini-powieści?

 

Premiera ostatnich kulminacyjnych rozdziałów Martina Gande zbliża się wielkimi krokami. Jednak ja miałam tę przyjemność już się z nimi zapoznać i postanowiłam umilić Wam ten czas, dzieląc się refleksjami na temat ostatnich rozdziałów, tym samym budząc w Was wielki niedosyt i ogromną niecierpliwość, przeklinając dygusa, że postanowił wrzucać tylko trzy rozdziały tygodniowo, a nie pięć.

Jak pewnie większość z Was zauważyła, Martin Gande nie jest wcale taką „grzeczną” opowieścią jak na przykład oryginały, czy minimalnie bardziej od nich pikantny Pentakl Wężoustych. Mogę wszystkich zapewnić, że „dojrzałe” tematy będą jeszcze poruszane nie raz, niemniej nie budziły we mnie zdegustowania. Wprost przeciwnie; sceny te wzbudzały we mnie sporo emocji, często sprawiając, że niezmiernie współczułam bohaterom, albo miałam ochotę posłać ich w diabły. Jednocześnie sprawiało to, że czułam, że autor traktuje Czytelnika bardzo poważnie, wierząc, że jest na tyle dojrzały, że będzie w stanie poważnie podejść do poruszanych tematów. I to się ceni.

Co mnie zaskoczyło, jest fakt, że dygus w umiejętny sposób połączył te poważne kwestie z dużą dawką humoru. I to takiego, że momentami wydawało mi się, że podłoga jest bardzo przyjemną i miękką powierzchnią (a przynajmniej powinna taka być, sądząc po tym, jak często prawie na niej wylądowałam). Wszystko głównie za sprawą Gilberta, który zajmuje wysokie miejsce w klasyfikacji mojego ulubionego bohatera tego opowiadania. Jego dość specyficzne wypowiedzi i styl bardzo mnie ujęły, mimo, że niekiedy wydawało się, że jednak trochę przesadzał. Wszystko to jednak odbywało się w granicach dobrego stylu i smaku, bynajmniej ja nie odczułam, że jednak coś jest zbyt przekoloryzowane czy niesmaczne.

Nie wszystko też jest takim, jakim się wydaje. Zdrady, niespodziewani sojusznicy, nowe spiski, gwałtowne zwroty akcji czy bardzo zaplątane pętle czasowe i ich następstwa często dosłownie wbijały mnie w fotel i w myślach gratulowałam (i może trochę zazdrościłam 😉 ) autorowi wyobraźni. Wszystko dokładnie zaplanowane i dopięte na ostatni guzik. Sprawia to, że czytając, nie wyczuwałam żadnych zgrzytów czy nieścisłości. Choć fakt, czasami musiałam przystanąć i przeczytać wolniej i dokładniej dany fragment, aby w pełni zrozumieć, o co tak naprawdę chodziło. Ale to sprawiało tylko, że mogłam cieszyć się dłużej rozdziałem.

Dużym zaskoczeniem było dla mnie zakończenie. Myślę, że fanom niekonwencjonalnych i otwartych zakończeń bardzo ono przypadnie do gustu. Tym bardziej, że tworzy bardzo ładny wstęp do wydarzeń w Pentaklu Wężoustych. Powiem Wam tylko, że dygus naprawdę uwielbia łamać wszelkie wartości, których tak uparcie broniła Rowling. Pokazał to w ósmym tomie, pokazał to też tutaj.

Mimo, że przygoda z Martinem nie była długa, to jednak nie uważam, żeby to był stracony czas. Powieść jest dopracowana pod każdym względem, zarówno ze strony charakteryzacji bohaterów, jak i samej fabuły. Cieszy mnie fakt, że miałam okazję ją przeczytać i ocenić jako pierwsza. Poprawki stylistyczne były dla mnie czystą zabawą i jestem dumna z tego, że miałam choćby minimalny wkład w publikację Martina Gande. Mogę Wam z całą pewnością stwierdzić, że czas spędzony z Martinem i spółką to była niesamowita przygoda, którą naprawdę warto przeżyć.

Gryfonka

 

I jak? Czujecie większy apetyt na premierowe rozdział? 🙂

Przejdź do paska narzędzi