«

»

Cze 15

Martin Gande. Rozdział dziewiętnasty. Mistrzowski plan

                Panowała paskudna aura. Wiatr hulał nieprzerwanie od kilku godzin. Dodatkowo dołączyły do niego intensywne opady deszczu, którego lodowate krople bębniły w parapety i dachy domów. Ulice miasteczka niemal całkowicie opustoszały. Rozmiękłymi od ulew drogami od czasu do czasu w pośpiechu przemykali jacyś mugole, skryci pod parasolkami lub kapturami swoich dziwacznych kurtek. Pogoda w żadnym razie nie zachęcała do wyściubiania nosa poza próg własnego domu. Na szczęście!
                Kiedy zadowolony z siebie Travers przybył do mugolskiej wioski Smallmary, był już późny wieczór. Gdy tylko aportował się na jednej z ulic, pospiesznie ruszył w kierunku pubu. Wiedział doskonale, że jegomość który na niego czekał, nie tolerował spóźnień. Z resztą, nie mógł się też doczekać momentu, gdy przekaże mu pakunek i poinformuje swojego wymagającego szefa, że jego mistrzowski plan przebiegł bez zarzutu.
– Piwo, proszę – powiedział do pryszczatego mugolskiego barmana, kiedy po kwadransie wpadł zdyszany do pubu, zrzucił kaptur z głowy i podszedł do baru, gorączkowo rozglądając się po izbie.
                Nieco zaskoczony dziwacznym strojem przybysza, barman Tod pospiesznie nalał piwa do szklanicy, którą podał nieznajomemu. Travers natychmiast wypił haust piwa i ponownie zaczął rozglądać się po karczmie. Wśród tłumu mugoli zajętych paplaniem bez sensu, spostrzegł tego, którego szukał.
Chwycił szklanicę z piwem i ruszył pospiesznie pomiędzy stolikami w kierunku wysokiego, sędziwego mężczyzny z gęstwiną siwych włosów na głowie.
– Miałeś być pół godziny temu! – syknął ze złością czarodziej. Chociaż jego pomarszczona twarz skryta była pod starannie przyciętą i wypielęgnowaną brodą, Travers od razu rozpoznał, że jego szef jest wściekły.
– Bardzo przepraszam, panie Fokster – zawołał nieco roztrzęsionym głosem.
– Bez nazwisk półgłówku! – oburzył się czarodziej, a w jego zimnych oczach pojawił się złowieszczy błysk – Zwracaj się do mnie „panie Oksydusie”!
Travers spuścił głowę.
– Bardzo przepraszam – wymamrotał, siadając do stolika – Byłbym wcześniej, ale Gilbert mnie zatrzymał… Chciał uczcić…
– Nie interesują mnie twoje wymówki, głupcze! – oburzył się Fokster – Czekam od pół godziny! Przez twoją opieszałość, nie mam już zbyt wiele czasu!
Travers spuścił wzrok. Nie miał odwagi spojrzeć na rozmówcę.
– Do rzeczy, głupcze! – warknął Fokster – Czy wszystko się udało?!
– Tak. Pański plan był znakomity – odrzekł śmierciożerca, wyciągając z kieszeni płaszcza niewielki wełniany worek, w którym wyraźnie coś się znajdowało – Mugol w ogóle się nie pokapował. Nie ma pojęcia, że nam się udało!
Sędziwy czarodziej wyraźnie się ucieszył. Chociaż na jego twarzy pojawił się nieznaczny uśmiech, jego oczy wciąż były zimne, a jego spojrzenie przyprawiało Traversa o dreszcze.
– Świetnie się spisałeś – stwierdził, chwytając worek i zaglądając do niego – Może faktycznie zasługujesz na to, żeby dołączyć do zacnego grona serwientów…
– Zrobiłem wszystko, co pan kazał – stwierdził z entuzjazmem Travers – mówił pan, że jak udowodnię swoją wartość, przyjmiecie mnie do Bractwa…
Fokster schował tajemniczy pakunek do kieszeni i zamyślił się przez chwilę.
– Tak. Myślę, że faktycznie udowodniłeś, że dobry i oddany z ciebie sługa – stwierdził z przekonaniem – Obiecałem ci nagrodę i przyszedł czas, abyś w końcu ją otrzymał.
Travers nie był w stanie ukryć swojej radości. Sprawiał wrażenie mocno z siebie zadowolonego. Wyraźnie zżerała go też ciekawość. W końcu nie miał pojęcia, jak wygląda zaprzysiężenie członka Bractwa Czarnej Gwiazdy.
                Fokster, bez słowa, wstał od stołu i zarzucił na siebie płaszcz. Nieco zaskoczony Travers zrobił to samo. Obaj w milczeniu ruszyli w kierunku wyjścia. Kiedy wyszli na spowitą w ciemnościach ulicę, którą gdzieniegdzie rozświetlały uliczne latarnie, Travers zauważył, że nie było tam kompletnie nikogo.
– Dokąd właściwie idziemy, panie Oksydusie? – spytał zaintrygowany.
– Chyba nie sądziłeś, że zaprzysięgnę cię w mugolskim pubie – stwierdził z poirytowaniem Fokster, zarzucając sobie kaptur na głowę i ruszając ulicą. Travers, zmieszany, ruszył bez słowa za swoim mentorem.
            Po chwili marszu, skręcili w jedną z bocznych uliczek, której nie rozświetlała żadna latarnia. Travers ze zdumieniem spostrzegł, że stoją na niej przepełnione śmietniki. Panował tu niewiarygodny smród. Ponieważ był to ślepy zaułek, śmierciożerca obrócił się w stronę Fokstera i obdarzył go zdumionym spojrzeniem.
– Eee… tutaj zamierza mnie pan zaprzysiąc? – spytał nieco zniesmaczony. Fokster przyglądał mu się w milczeniu przez dłuższą chwilę. Jego twarz była ledwie dostrzegalna spod kaptura.
– To czego dokonaliśmy wspólnymi siłami musi pozostać w ścisłej tajemnicy – oznajmił lodowatym tonem, a śmierciożerca gorliwie mu przytaknął – Nie mogę pozwolić, żeby jakiś głupkowaty fan Czarnego Pana wygadał się po pijaku w pubie…
Na te słowa wyciągnął przed siebie różdżkę.
– Ale ja… panie Fokster… ja nigdy… – mamrotał półprzytomnie Travers.
– Przykro mi, chłopcze – stwierdził Oksydus, ale Travers nie dostrzegł w jego głosie ani krzty żalu – AVADA KEDAVRA!
Zielony błysk rozświetlił ulicę, waląc z impetem w pierś Traversa i gasząc jego oczy na zawsze. Jego ciało opadło bezwiednie na zabłoconą ulicę, niczym szmaciana lalka.
– To będzie dla ciebie odpowiednie miejsce – stwierdził ironicznie Fokster i jednym machnięciem różdżki zamienił ciało Traversa w kość, a kolejnym przelewitował je do śmietnika.
                Na twarzy sędziwego mężczyzny malowało się olbrzymie zadowolenie. Raz jeszcze włożył rękę do kieszeni płaszcza i wyjął tajemniczy pakunek. Kiedy sięgnął do worka i wydobył z niego niewielką, złotą czarkę, z wygrawerowanym na niej borsukiem, tuż za jego plecami aportowały się dwie postaci.
– Jesteście – ucieszył się na ich widok, chowając pospiesznie puchar do kieszeni. Przybysze podeszli do niego i zrzucili kaptury z głów. Oczom Fokstera ukazała się uśmiechnięta twarz pięknej brunetki, oraz obrzydliwa gęba szpetnego mężczyzny.
– To dokąd się właściwie dziś udamy? – spytała brunetka, zerkając z zaciekawieniem na Fokstera.
– Pora odwiedzić Lucjusza Malfoya – wyznał Fokster, a na twarzy towarzyszącego im mężczyzny pojawił się szeroki uśmiech.

  • Rav

    Świetny rozdział. Ciekawie się to wszystko zakończyło. Powrót Voldemorta może być więc kwestią czasu. Fajnie spędziłem czasu czytając opowiadanie. I cieszy mnie brak happy endu.

    • Marcin Dęga (dygus)

      Otwarte zakończenie daje możliwości do kontynuacji. Być może nie koniecznie w formie jedenastego tomu 🙂

  • Piotr Kasprzak

    Po prostu mistrzowstwo! Genialne opowiadanie, a takze zakończenie. Czyli Harry podczas II Bitwy w Hogwarcie nie zabił Voldka, tylko stało się z nim to samo co w Dolinie Godryka , czyli częściowa utrata mocy? Ale dziwne że Harry o tym nie wie, bo skoro czarka została przejęta przez Bractwo w czasach Insygni, to wspomnienia jego, Rona I Herniony powinny się zmienić, no bo w końcu okazuje się, że czarka Helgi nie została zniszczona w Komnacie, więc czemu oni o tym nie pamiętają? To jedyna kwestia która mnie nurtuje. Poza tym szkoda Martina, niby nie musiał kupować tego kociołka, ale trochę smutne, że zostanie za to uziemiony w Azkabanie. Jedyną pociechą jest brak dementorów I ten cały John. Ciekawe też co się stało z McDukiem
    Ale jak już wspomniałem, to arcydzieło! Ps bardzo proszę o odpowiedz na powyzsze pytania.

    • Marcin Dęga (dygus)

      Dzięki Piotrek 🙂 Widzisz, właśnie cała rzecz polega na tym, że oni nic nie zmienili. Travers i Gilbert nie zmienili biegu wydarzeń. To co zrobili wydarzyło się już w siódmym tomie. Znowu kwestia paradoksu czasowego. Ale sprawę dokładniej wyjaśnię w komentarzu do opowiadania.

Przejdź do paska narzędzi